© 2023 by Name of Site. Proudly created with Wix.com

Piosenki harcerskie w wykonaniu harcerek 10 BDH Arkadia: "W dąbrowy gęstym listowiu"  - sł. Bogusław Choiński, Marek Dagan muz. Andrzej Kurylewicz, "Komendant" - sł muz.n.,""Pędziwiatr" - sł.muz. n., "Harcerski krzyż" - sł. muz. n. "Podnóża moich gór"  - sł. Olga Drahonowska, muz.n., 

19 Pomorska Drużyna Harcerzy Lotnicza "Gwiazdy Północnej" im. Żwirki i Wigury.

Barwy: żółte chusty z biało-czerwoną szachownicą

Szczepowy: hm. Mariusz Dopierała,
Drużynowi :...

Obóz Stara Huta 1980 - z sygnałówką  hm.Mariusz Dopierała,

w tle od lewej pwd. Małgorzata Kruczkowska, pwd. Barbara Donat, pwd. Elżbieta Rakowska, phm. Krystyna Nogaj, phm. Bogusława Pasieka. (Zdjęcie ze zbiorów 19PDHL)

                  W wyniku pierwszego zaciągu, który odbył się we wrześniu 1967 roku w Szkole Podstawowej nr 119 w Krakowie – na os. Azory, do powstającej właśnie 19  Krakowskiej Drużyny Harcerzy Lotniczej trafiło dwóch braci Dopierałów: starszy Romek (Romuald) i młodszy Mariusz. Obaj jeszcze w tym samym roku harcerskim ukończyli kurs zastępowych, po którym Romek objął zastęp „Mew”, a Mariusz znalazł się w zastępie „Żubrów”. Po mniej więcej trzech latach wraz z całą rodziną przeprowadzili się do Bydgoszczy (ojciec był pilotem wojskowym i został tam przeniesiony). I tutaj dopiero Mariusz rozwinął na szeroką skalę swoją harcerską działalność. Korzystając ze zdobytych w Krakowie doświadczeń, założył na bazie Szkoły Podstawowej nr 60 w Bydgoszczy 19. Pomorską Drużynę Harcerzy Lotniczą im. Żwirki i Wigury.   W krótkim czasie skupił wokół siebie silny zespół harcerski – tak powstał Szczep Lotniczy „Gwiazda Północy”.

                                               Na tle ówczesnego bydgoskiego harcerstwa drużyny należące do szczepu, porządnie umundurowane i wymusztrowane, robiły duże wrażenie. Nawiązując do przedwojennych tradycji, harcerze uczęszczali do kościoła garnizonowego, m.in. na Pasterkę (podczas mszy harcerskich przed ołtarzem wystawiana była makieta krzyża harcerskiego)1 . Pojawienie się w szkołach, na ulicach, a także w kościołach młodych ludzi w harcerskich mundurach, zapinanych na metalowe guziki z lilijką oraz w czarnych beretach z husarskimi skrzydłami i żółtych chustach z lotniczą szachownicą – robiło na mieszkańcach Bydgoszczy w tamtych latach ogromne wrażenie. Zawsze, w słońce czy deszcz, wszyscy jednolicie umundurowani, maszerujący równym wojskowym krokiem zyskiwali szacunek i zaufanie. Bez tego ostatniego żaden rodzic nie puściłby swojego nastolatka na wędrówkę, biwak czy obóz w nieznane, pod opieką przybysza z Krakowa – Mariusza. 

To dzięki niemu, wielu przeżyło wyjątkowe chwile, poznało wspaniałych ludzi, doświadczyło niebywałych przeżyć. Do pierwszej drużyny należeli m.in.: Leszek Kozak, Wojtek Starostecki, Adam Kaczmarek, Jurek Kowalski, Sławomir Babiński. W następnym roku szkolnym nabór prowadzony był w szkołach podstawowych nr 13 i 61. W lecie pierwsi „dziewiętnastacy” z 19 PDHL uczestniczyli w obozie stałym w Białej Wodzie pn. „Pasieka 1973”, a zimą w zimowisku w Szyku pn. „Zaspa’74” wzięły udział także harcerki z Bydgoszczy: Jolanta Głowacka, Małgorzata Goncerzewicz i Ewa Gajewska, które ukończyły kurs zastępowych. Latem 1974 roku harcerze byli na obozie stałym Szczepu Lotniczego „Gwiaździstego Szlaku” w Bieszczadach w Łuhu k. Kalnicy, tworząc wspólnie z harcerzami z Krakowa podobóz męski „Wzlot-74”, a zastęp harcerek wchodził w skład podobozu żeńskiego pn. „Grodzisko”. Wakacje zakończyła pięciodniowa wędrówka po Bieszczadach i wspólny z harcerzami z Krakowa obóz wędrowny po Jugosławii. „Dziewiętnastka” w Bydgoszczy na dobre zadomowiła się w Szkole Podstawowej nr 61 na Szwederowie. Jesienią 1974 roku Adam Kaczmarek, korzystając z doświadczeń krakowskiego Dywizjonu Modelarskiego Orlich Lotów”, założył zastęp modelarski. Oprócz mundurów magnesem były latające modele szybowców, czy choćby małych kartonówek. Do dyspozycji był magazyn na szkolnym korytarzu zaadaptowany z nauczycielskiej toalety i pracownia zajęć praktyczno-technicznych w piwnicy szkoły. To był raj dla chłopaków. Wreszcie mogli robić to, co ich kręciło – samoloty, a nie laleczki do kluczy z wiskozy, jak chciała pani nauczycielka. Choć sukcesów modelarskich nie było wiele, wzleciało w niebo kilka „Jaskółek” i „Dzięciołów”, a każdy pewnie z sentymentem wspomina rywalizację kartonowych modeli na szkolnym korytarzu czy na sali gimnastycznej. Emocje bywały większe niż na niejednym air show. Tradycją tego okresu były niedzielne wędrówki w nieznane – na azymut. Poznawaliśmy okolice Bydgoszczy. Nauczyliśmy się właściwie ubierać, a przede wszystkim realnie oceniać, co przy danej pogodzie powinniśmy mieć w swoim ekwipunku. W tygodniu, podczas zbiórek, oprócz musztry na szkolnym trawniku rozbijaliśmy biwaki, uczyliśmy się codziennej zaradności.

 Obóz "Scout Jamboree" Korne 1978 r. (Zdjęcie ze zborów 19PDHL)

Naszymi idolem był Baden-Powell – ten z literatury i Mariusz – starszy kolega z Krakowa. Do obozu wędrownego w lipcu 1975 r. pn. „Orlot-75” byliśmy dobrze przygotowani. Wyżynę Krakowsko-Częstochowską przeszło 19 śmiałków. To była szkoła życia i pierwszy samodzielny obóz 19 PDHL. W sierpniu, idąc za ciosem, wędrowaliśmy po Sudetach na obozie „Sudeti Montes”. Po udanych wakacjach uwierzyliśmy w siebie, to co robiliśmy – doceniali rodzice i rówieśnicy; w mniejszym stopniu nauczyciele, którym nie bardzo mieściło się to w głowach. Latem następnego roku pojechaliśmy nad jeziora Trzebucza do Starej Huty w Borach Tucholskich na pierwszy samodzielny obóz stały. Brak było bieżącej wody, prądu, ale za to mieliśmy kilka wysłużonych namiotów, parnik do ziemniaków, dwa toporki, piłę „twoja-moja” i garść gwoździ oraz przychylność natury i mieszkańców Osia. To wszystko zapewniło nam wspaniałe wakacje. Dalej było już prościej. Po każdym obozie dziwnym trafem przybywało drużynie sprzętu, a przede wszystkim ludzi. Nabieraliśmy pewności w działaniu i wzajemnego zaufania. Wiedzieliśmy kogo na co stać. Zimą 1977 byliśmy w Białej Wodzie k. Jaworek na „Chlapie”. Pojechali z nami harcerze ze Szkoły Podstawowej nr 61 – szkoły, w której zadomowiliśmy się już na dobre. Latem tego roku nasza ogromna żółta flaga załopotała nad polaną – również w Jaworkach, na „Rozdrapie”. Nazwa odzwierciedlała rywalizację z drużynami krakowskimi, z którymi tworzyliśmy zgrupowanie. Czy i dziś wypasa się tam owce, jak podczas naszego obozu? Bo choć byliśmy umówieni z juhasami, że baranki nie będą chodziły przez nasze obozowisko – zwierzyna i tak robiła co chciała. Rok 1978 rozpoczęliśmy zimowiskiem w Szczawnicy Wyżnej. To jeden z nielicznych wyjazdów bez Mariusza. Wspaniale zastąpiła go Władysława Marszałek. Codzienne wędrówki po Pieninach i Gorcach prowadził gościnnie hm. Krzysztof Wojtycza. Latem nasze namioty rozbiliśmy nad stromym brzegiem jeziora w Kornem k. Kościerzyny na „Scout Jamboree” z krakowskim szczepem „Wichry 35”. Tam stanął nasz najwyższy obozowy maszt. Wakacje część z nas kończyła wędrówką przez Bieszczady – na obozie „Karawan ’78”. Zima stulecia 1979 roku zastała nas w Starej Hucie. Z radością przyjęliśmy informację o zamknięciu szkół i dłuższym pobycie w Borach Tucholskich. Latem 1979 na pierwszy obóz do Starej Huty pojechała grupa dziewcząt ze Szkoły Podstawowej nr 46 (Małgorzata Kruczkowska, Alicja Polewska, Elżbieta Rakowska, Barbara Donat). Obóz żeński nosił nazwę „Babskie gniazdo”, kierowała nim Krystyna Nogaj, zaś komendantką kolonii zuchowej i kwatermistrzynią była Bogusława Pasieka. Dziewczyny zostały w drużynie żeńskiej i w kolejnym roku ponownie uczestniczyły w obozie. W roku harcerskim 1980/81 – zdobyły szlify instruktorskie. Był to ważny okres przełomu w Polsce i w harcerstwie.

Obóz Stara Huta  1980 r. (Zdjęcie ze zborów 19PDHL)

Z inicjatywy naszej „Dziewiętnastki”  i osobiście hm. Mariusza Dopierały powstał bydgoski KIHAM, którego Mariusz był komendantem. Odegrał on kluczową rolę w propagowaniu tradycyjnego harcerstwa wśród wielu bydgoskich drużyn. Instruktorki i instruktorzy 19 PDHL angażowali się także w ogólnopolskie działania Kręgów. Bogusława Pasieka została wybrana w skład Rady Porozumienia KIHAM, zaś w marcu 1981 roku dzięki zaangażowaniu „Dziewiętnastki” i innych kihamowskich drużyn, odbyła się w Bydgoszczy zbiórka Rady Porozumienia KIHAM. Pamiętne było zwłaszcza spotkanie w siedzibie Hufca Bydgoszcz-Miasto z Mariuszem Łabendowiczem tuż po sławnej akcji w budynku Wojewódzkiej Rady Narodowej w Bydgoszczy oraz przemarsz ulicami miasta na ul. Dworcową do strajkujących w siedzibie ZSL rolników, którym przewodził Roman Bartoszcze.

W grudniu 1981  r. Alicja Polewska z „Dziewiętnastki” i Piotr Grądziel z 9 Bydgoskiej Wodnej Drużyny Harcerzy pojechali do Krakowa na spotkanie KIHAM i wrócili do domu ostatnim pociągiem, już po ogłoszeniu stanu wojennego. Szczep „Gwiazda Północy” został przyjęty uchwałą nr 7 z dnia 15 II 1981 roku do Komandorii Szczepów Lotniczych im. Żwirki i Wigury, co świadczy o wysokiej ocenie jego pracy oraz uznaniu go za równorzędnego partnera dla szczepów krakowskich. W uzasadnieniu decyzji napisano, iż „jest kontynuatorem tradycji 19 Krakowskiej Drużyny Harcerzy i pragnie te tradycje chronić i rozwijać”, a hm. Mariusz Dopierała został członkiem Komandorii. Duża odległość i stosunkowo rzadkie kontakty nie sprzyjały ścisłej współpracy. Reprezentacja szczepu wzięła udział w uroczystym apelu na dziedzińcu wawelskim, odbytym w dniu 15 maja 1981 roku, który rozpoczął rok jubileuszowy 50-lecia 19-tki  . Obóz Szczepu „Gwiazda Północy” uczestniczył także w jubileuszowym zgrupowaniu Szczepów Lotniczych w Suchych Rzekach (Bieszczady) w lipcu 1981 r., gdzie prezentował się bardzo dobrze na tle obozów pozostałych szczepów. W lipcu 1982 r. odbyło się zgrupowanie obozów nad Trzebuczami pod komendą hm. Mariusza Dopierały; obóz męski prowadzili Andrzej Matusewicz i Krzysztof Pasieka; żeński – Barbara Donat i Alicja Polewska; a kolonię zuchową – Małgorzata Kruczkowska i Elżbieta Rakowska. Ważnym wydarzeniem tego lata był wspólny wymarsz na mszę świętą do Osia. Na nasz widok – kiedy wchodziliśmy w dwuszeregu między ławkami, ubrani jednakowo, krokiem marszowym i na skinienie Mariusza klęknęliśmy na prawe kolano – wielu ludzi miało łzy w oczach. W sierpniu 1982 r. instruktorzy wrócili nad Trzebucza na wyjątkowy puszczański obóz „Lato leśnych ludzi”. Pomysł był prosty – z cywilizacji zabieramy tylko namioty i odzież, po lesie chodzimy boso, gotujemy na kuchni huculskiej, utrzymując przez cały dzień ogień, jemy własnoręcznie wystruganymi łyżkami ze wspólnego kociołka. Decyzje podejmowało całe plemię podczas obrad, stojąc po ramiona w wodzie jeziora (zamoczenie głowy powodowało utratę prawa głosu). Jedzeniem były grzyby i leśne owoce oraz makaron, twaróg i świeże mleko. Kiedy chcieliśmy jeść chleb, trzeba było iść do wsi z drożdżami i „odrobić” w polu u gospodarzy upieczenie bochenka. Podczas tego obozu zaczęliśmy realizować idée fixe Mariusza – budowę ziemianki na wzór tych, o których opowiadał nam pan Andrzej – zaprzyjaźniony ze szczepem żołnierz AK z pomorskiego zgrupowania „Świerki”, wcześniej przedwojenny harcerz, a po wojnie w czasach stalinowskich – więzień. Wydrążyliśmy wielką jamę w skarpie nad jeziorem, ale ściany zaczęły się osypywać, zanim umocniliśmy je stemplami. Dziura w ziemi jednak pozostała, a po latach przy niej pojawił się pamiątkowy kamień z tablicą ufundowaną przez lokalne władze ku pamięci… tutejszych partyzantów! Taktownie nie wyprowadzaliśmy nikogo z błędu, bo przecież rzeczywiście w tej okolicy działało i kwaterowało akowskie zgrupowanie por. „Graba”. 

Lato 1982 roku to także dwa równoległe obozy wędrowne od Bieszczad po Tatry. Jeden prowadził Mariusz, drugi pod nazwą „Drzazga” – Andrzej Matusewicz. Tylko ten drugi dotarł do mety w Zakopanem z wejściem na Kasprowy i Świnicę; uczestnicy pierwszego zrezygnowali z wędrówki po przejściu z Bieszczad w Pieniny. Przełom lat 1982/1983 oznaczał odpływ ze szczepu kolejnych osób – z powodu studiów podjętych poza Bydgoszczą, ale także coraz większych różnic poglądów wewnątrz szczepu na temat tego, jakie podejmować kierunki działania „Dziewiętnastki” w tym bardzo trudnym dla bydgoskiego harcerstwa okresie: przygotowań do przejęcia władzy w bydgoskim hufcu przez środowiska niezależnego harcerstwa, wprowadzenia przez komendę chorągwi komisarycznego komendanta hufca, nacisków i represji wobec instruktorów ze strony aparatu harcerskiego, władz oświatowych i funkcjonariuszy SB. Po roku 1984 Szczep 19 PDHL zaczął przeżywać trudności. Brak kadry, zmieniający się często komendanci szczepu i coraz słabsze drużyny doprowadziły do jego stopniowej marginalizacji, a w perspektywie kolejnych trzech lat do zakończenia działalności. Z tego okresu pozostały nie tylko wieloletnie przyjaźnie i kontakty oraz wspomnienia biwakowych i obozowych przygód, ale także zasiane w Bydgoszczy ziarno „tradycyjnego harcerstwa”. Bowiem działalność „Lotników” w Bydgoszczy pozostawiła po sobie trwałe efekty, o czym można tak przeczytać w Internecie: „Wspominając rok 89 w harcerstwie trzeba sobie uświadomić sytuację, która istniała już wcześniej w latach 80. Jak wiemy, w latach 1980–81 na bazie zrywu solidarnościowego powstały Kręgi Instruktorów Harcerskich im. Andrzeja Małkowskiego (KIHAM). Taki krąg powstał również w Bydgoszczy z inicjatywy głównie instruktorów skupionych wokół 19 Pomorskiej Drużyny Harcerzy Lotniczej im. Żwirki i Wigury – szczepu prowadzonego przez hm. Mariusza Dopierałę. Drużyna ta współpracowała z «19» krakowskimi i nadawała wówczas w Bydgoszczy ton tradycyjnemu harcerstwu. Wokół wspomnianego kręgu zgromadzili się instruktorzy również z innych środowisk. Podjęli oni próbę uzdrowienia sytuacji w harcerstwie, w tym zwłaszcza poprawienia poziomu pracy drużyn. Wprowadzony stan wojenny stłumił wszelkie niezależne inicjatywy: w 1982 roku nastąpiło samorozwiązanie większości KIHAM-ów, a wraz z nimi kręgu bydgoskiego. Istnienie tradycyjnego harcerstwa w Bydgoszczy nie zakończyło się jednak w roku 1982. […] Mowa tu o takich drużynach jak 9 BWDH-y i 9 BWDH-ek, 10 BDH-y i 10 BDH-ek, 34 BDH-y, 68 BDH-y, 95 BDH-y. Funkcjonowały one w ramach niezależnego, «postkihamowskiego» harcerstwa, które dzisiaj jest nazywane Ruchem Harcerskim czy Ruchem Harcerskim Rzeczypospolitej” . 

Historia 19 PDHL ma też swój romantyczny wątek. Z przyjaźni i koleżeństwa narodziła się miłość i kilka małżeństw: Jola Głowacka i Jurek Kowalski, Małgosia Kubicka i Grzegorz Świtała, Dorota Piszczek i Jacek Tomczak, Beata Boruch i Romek Szopiński, Ala Polewska i Andrzej Matusewicz, Magdalena Glesmer i Mariusz Dopierała. Dzisiaj porozrzucani jesteśmy po świecie, różnie też plotą się rodzinne losy, ale „dziewiętnastakami” jesteśmy cały czas!

 

 

 

 

 

 

 

 

Artykuł Ali Polewskiej i Andrzeja Matusewicza opublikowany w nr 9 "Dziewiętnastaka" Zeszytach zespołu historycznego 19 i 91 Krakowskich lotniczych drużyn.

W artykule wykorzystano dane z powstającego pod kierunkiem Krystyny Mikulskiej kalendarium 19 PDHL „Gwiazda Północy”.

 Jubileusz 50-lecia 19KDHL (Zdjęcie ze zborów 19PDHL)

Lata 1984 - 1987

                         Po odpływie większości kadry instruktorskiej w roku 1984, potężny, prężny Szczep 19 PDHL Gwiazda Północy był już praktycznie wspomnieniem. Pracę harcerską prowadził w tym czasie już chyba tylko Jacek Rutkowski i kilku jego harcerzy.

Ja od września 1983r. prowadziłem Drużynę „Tropiciele” przy Szkole Podstawowej nr 31 przy ul. Karłowicza, jednak działania władz hufca Bydgoszcz - miasto oraz dyrekcji szkoły zablokowały mi możliwość dalszej pracy. Komisja Instruktorska zamknęła z wynikiem negatywnym moją próbę na stopień przewodnika a dyrekcja zaczęła wywierać naciski na rodziców harcerzy. W nieco lepszej sytuacji był Bogdan Gołąb, który na Wyżynach prowadził BDH „Czata”. Jego drużyna była drużyną środowiskową i posiadała własną harcówkę w piwnicy jednego z bloków. Jednak jako „czarne owce” w hufcu żaden z nas w tym czasie nie miał szans na oficjalne zrobienie samodzielnego obozu. Ponieważ nie było dla nas opcji, żeby z obozu zrezygnować, zaczęliśmy rozmowy na ten temat z hm. Mariuszem Dopierałą. Mariusz od razu się zapalił i wyszedł z propozycją zorganizowania obozu w Bieszczadach nad zalewem Solińskim . Chyba jakoś na początku kwietnia wylądowaliśmy na zwiadzie przedobozowym w Teleśnicy-Oszwarowej, skąd pyrkającą „Bundesmariną” – starą powojskową łodzią, dotarliśmy na miejsce naszego przyszłego obozu na Sannę. W tym czasie woda w Zalewie Solińskim była jeszcze kryształowo czysta. Z polany roztaczał się niesamowity widok na prawie całe Bieszczady. Nie było wątpliwości, że obóz w tym miejscu będzie niesamowity.

W tym czasie dojrzewała w nas myśl, żeby połączyć wspólnie siły z Mariuszem i odbudować 19 PDHL. Na obóz „Czata” pojechała jeszcze w czarnych chustach, ale moja ekipa była już w barwach dziewiętnastki. „Czata” zmieniła chusty we wrześniu po obozie.

Nie do końca pamiętam jak to było i kto był formalnie organizatorem tego obozu. Dzisiaj mam nawet wątpliwości czy był on do końca legalny. Kto by jednak był wtedy w stanie skontrolować zagubiony w Bieszczadach obóz, do którego można dotrzeć tylko łodzią albo pieszo przez góry. Przed wyjazdem do rozwiązania pozostało jednak jeszcze kilka problemów. Pierwszym było zaopatrzenie. Pomimo, że był to okres „kryzysu”, pod względem wyżywienia na obozie było lepiej niż w wielu naszych domach. Żywność (różnorodne konserwy mięsne i rybne, margarynę, ryż, kasze, makaron, miód i sok pomarańczowy) dostaliśmy z Caritasu. Trzeba ją było jednak jeszcze przywieść do Bydgoszczy. Zostaliśmy więc z Bogdanem wydelegowani, żeby odebrać przydzielone nam produkty z magazynu Caritas w Gnieźnie. Oczywiście ponieważ nie było kasy, to jedyną opcją był autostop. Udało się. Pełnego „Żuka” zaopatrzenia rozładowaliśmy w magazynie na Strzeleckiej. W Bydgoszczy zakupiliśmy jeszcze w Herbapolu zapas herbaty miętowej (inna była w tym czasie nie do zdobycia) a w Bieszczadach pozostało dokupienie pieczywa i trochę mięsa i mleka od gospodarzy. Do dzisiaj pamiętam subtelny smak miętowej herbaty słodzonej miodem z dodatkiem soku pomarańczowego (cukru nie mieliśmy) czy też zupę czereśniową, na którą owoce trzeba było wcześniej zebrać z rosnącego nad brzegiem Soliny wielkiego drzewa. Drugim poważnym problemem do rozwiązania był transport na drugi koniec kraju zdobytego zaopatrzenia i sprzętu. W tym czasie w Polsce funkcjonowało coś takiego, jak ładunki powrotne. W czasach socjalizmu polegało to na tym (informacja dla młodzieży), że jeśli samochód zawiózł towar z punktu A do punktu B, to w punkcie B miał obowiązek zgłosić się do specjalnego magazynu po ładunek powrotny, a dopiero, jeśli by dla niego nie było ładunku, dostawał glejt dla milicji drogowej i mógł jechać na pusto. Mariusz zarządził, że transport załatwimy w taki właśnie sposób. Szkopuł w tym, że ładunek powinien być zapakowany na paletach, dostarczony do spedytora, ponadto nie było też zbyt wiele kursów z Bydgoszczy bezpośrednio w Bieszczady. Dogadaliśmy się więc, że jeśli będzie transport w tą stronę, to spedytor da nam cynk telefonicznie. W końcu czwartego dnia nadeszła Informacja, że jest samochód. Początkowo kierowca upierał się, że ładunek musi być dostarczony na spedycję. Ostatecznie, Mariusz przekonał go do przyjazdu pod nasz magazyn na Strzeleckiej. Załadunek zajął nam kilka godzin, a w tym czasie kierowca, który jechał razem z żoną, dostał przydzielonego harcerza, pod opieką którego zwiedzili Bydgoszcz, a nawet zafundowaliśmy im wyjście do kina. Z ładunkiem pojechał w Bieszczady Adam Konkiel oraz mój przyboczny Mariusz Ciupa. Udało im się dowieźć i rozładować sprzęt w ośrodku wczasowym w Teleśnicy Oszwarowej. Stamtąd wozem konnym zwozili go do namiotu rozbitego nad brzegiem Soliny, a następnie na kilka kursów przetransportowali „Bundesmariną” do podnóża polany na miejsce obozu.

Obóz był specyficzny. Gościliśmy na terenie gospodarstwa należącego do Krzysztofa Brosa – syna światowej klasy kardiochirurga, byłego inżyniera z Huty Katowice, który porzucił cywilizację i osiadł tu na Sannej. Obóz rozłożony był na łące u szczytu niewielkiego pagórka położonego nad brzegiem zalewu. Nie byliśmy tam sami. Towarzyszyło nam 18 dorodnych byków, wraz którymi byliśmy zamknięci na pastwisku elektrycznym pastuchem. Początkowo harcerze obawiali się trochę byków……. potem już było odwrotnie. Zdarzyły się wprawdzie 2 incydenty. Raz byk wrzucił sobie na rogi obręcz od parnika i był problem jak mu ją zdjąć. Innym razem zwierz przeszedł mi przez namiot komendy. Na szczęście obyło się bez większych strat, i zarówno harcerze, jak i byki wyszły z tego wspólnego pobytu bez szwanku. Pracy nie brakowało, ale pomimo młodego wieku i braku doświadczenia nasi harcerze radzili sobie jakoś w trudnych bieszczadzkich warunkach, z dala od cywilizacji. Sporo wędrowaliśmy po okolicach. Poznawaliśmy ludzi – różne ciekawe bieszczadzkie postaci, takie jak choćby nasz gospodarz albo Henryk Wiktorini – jeden z pierwszych osadników w tej okolicy, czy Radost – spotkany nad brzegiem zalewu, mieszkający w leśnym szałasie artysta rzeźbiarz strugający w lipie bieszczadzkie świątki. Obozowe dni szybko minęły i do dzisiaj wspominam Sannę z wielkim sentymentem.

Po wakacjach praca w dziewiętnastce ruszyła pełną parą w 2 drużynach prowadzonych przez Bogdana Gołębia i przeze mnie. Bogdan działał nadal na Wyżynach, ja natomiast pracę oparłem głównie na dawnych zuchach. Większość z tych chłopców mieszkała w 2 wieżowcach na Konopnickiej. Na 11 piętrze jednego z nich udało nam się nawet zdobyć własną harcówkę, w której odbywały się regularne zbiórki. Mijał kolejny rok, a my całkiem nieźle sobie radziliśmy. Nadal w ZHPie, ale gdzieś obok niezależnie od oficjalnych struktur Hufca Bydgoszcz Miasto. Formalnie wszyscy nasi harcerze należeli teraz do koła PTTK , nie byliśmy związani z żadną szkołą, a władze harcerskie nie miały nad naszą pracą żadnej kontroli. Jedyne, co były w stanie zrobić, to skutecznie blokować nasze próby instruktorskie. Ja stopień przewodnika w ZHP bez większego problemu zdobyłem, ale dopiero po zakończeniu zasadniczej służby wojskowej w Wojskowym Kręgu Instruktorskim w Szczecinie w 1988r.

Wróćmy jednak do roku 1985 i kolejnego obozu. Pomimo młodego wieku chłopaków, zdecydowaliśmy się na obóz wędrowny w górach. Tym razem oficjalnie organizatorem obozu było koło PTTK. Założenie było takie: trzy tygodnie, trzy bazy wypadowe , trzy pasma górskie: Bieszczady – Pieniny – Tatry. Pomysł był oczywiście Mariusza. Dla niego była to wyprawa po dobrze mu znanych terenach, gdzie miał już wcześniej przetarte szlaki, ale wszędzie i tak była wielka ilość spontanu i niespodzianek. Zaczęliśmy w Bieszczadach w znanej nam już z poprzedniego obozu Teleśnicy, gdzie spędziliśmy kilka dni. Stamtąd wyruszyliśmy na bieszczadzkie połoniny, a potem w Pieniny. W Pieninach przejęliśmy w panowanie wolną tego roku góralską bacówkę. Baca z juhasami wypasali owce nieco dalej i nie mieli nic przeciwko zajęciu jej przez harcerzy. Kilkakrotnie przechodziliśmy koło nich, aż któregoś razu przyszła nam ochota na żętycę – kwaśne owcze mleko. Z Bogdanem Gołębiem udaliśmy do górali. Baca powiedział nam, że niestety nie mogą nam jej sprzedać, ponieważ mają tylko trochę dla siebie. Zrezygnowani ruszyliśmy w drogę powrotną. W pewnej chwili usłyszeliśmy jednak z tyłu znane nam dotąd tylko z kawałów o bacach nawoływanie. Wróciliśmy do szałasu. Baca stwierdził, że się naradził z juhasami i jeśli chcemy żętycę, to możemy ją dostać. Wcześniej musimy jednak porąbać wskazaną nam całą kupę leżących koło szałasu pociętych piłą pniaków. Praca nie była łatwa ale po ponad godzinie wróciliśmy z wypełnioną do połowy wielką konwią żętycy.

Po przemierzeniu pienińskich szlaków dotarliśmy do Zakopanego. Noclegów trzeba było oczywiście dopiero poszukać na miejscu. Znaleźliśmy je na Walowej Górze. W zamian za pomoc przy zbieraniu siana uzyskaliśmy zgodę na rozbicie namiotów na małej łączce, obok której co chwilę przejeżdżały wagoniki kolejki na Gubałówkę. Jeszcze po południu pierwszego dnia wyruszyliśmy w góry. Schodzący w dół turyści dziwnie się jakoś patrzyli na idących w przeciwną stronę małych chłopców w harcerskich mundurkach. Zupełnie nie mam pojęcia dlaczego.

Podczas tego wyjazdu nasi harcerze, z których większość miała wtedy po 12 lat, zdobyli między innymi Świnicę, Granaty, czy też Czerwone Wierchy. Z chodzeniem po górach ekipa nie miała w zasadzie problemów. Wprawdzie Mariusz Dopierała musiał parę razy przekonywać goprowców chcących nas zawrócić ze szlaku, że panuje nad sytuacją a te maluchy naprawdę przeszły już po górach wiele kilometrów i na pewno i tym razem damy sobie radę. Wyjazd ten dał zarówno nam kadrze obozu, jak i wszystkim tym chłopcom, wiele satysfakcji, a niejednemu z nich zaszczepił prawdziwą miłość do gór, która pozostaje na całe życie.

W kolejnym roku harcerskim 19 PDHL nadal pracowała dwiema drużynami na Szwederowie i na Wyżynach. W kwietniu 1986r. rozpocząłem zasadniczą służbę wojskową, którą odbywałem z dala od Bydgoszczy, w Koszalinie i Szczecinie. Mariusz, wspólnie z Bogdanem Gołębiem, kierowali pracą trochę już okrojonej Dziewiętnastki. W następnych 2 latach poprowadzili kolejne obozy w Bieszczadach, w organizację których była prawdopodobnie zaangażowana również część naszych harcerzy. Miały one jednak charakter komercyjny i wydaje mi się, że trudno było by je uznać za obozy harcerskie. Ostatnim moim wyjazdem z Dziewiętnastką była Dębowa Góra w maju 1987r. Miałem wtedy kilka dni urlopu z mojej jednostki wojskowej i wspólnie z harcerzami spędziłem tam 2 lub 3 dni. Kiedy w kwietniu 1988r. wróciłem z wojska drużyna już nie działała.

phm. Witold Dobrzyński

1985 r. Obóz Karpaty (Zdjęcie ze zbiorów 19PDHL) Na pierwszym planie drużynowy org. Bogdan Gołąb

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now